Zacząłem biec w kierunku jaskini, która była w pobliżu, a przynajmniej miałem nadzieje, że biegnę w jej stronę. Niestety, szczęście mi nie dopisało. Po paru minutach zdałem sobie sprawę z tego faktu. Omijałem co raz więcej drzew po drodze. Moje całe ciało drżało z zimna, oczy naszły łzami, a mięśnie paliły się z wysiłku. Gdyby nie moje pochodzenie już bym leżał martwy, przykryty warstwą śniegu. Zegar śmierci tykał, a ja wciąż nie znalazłem niczego co by mogło posłużyć jako schronienie. O ile wszystko wokół mnie wyglądało tak samo, jakbym od dłuższej chwili nie ruszył się z miejsca, myślami byłem po drugiej stronie Gór Weremund, przypominając sobie dawne szczenięce lata spędzone z rodziną. Zamyślony nie zauważyłem dużego korzenia, wystającego ponad warstwę ziemi i śniegu. Zahaczyłem o niego moją prawą przednią łapą, przez co poleciałem do przodu, kilka ładnych metrów. O dziwo na mojej drodze nie było żadnego drzewa, tylko wielka zaspa śnieżna, która okazała się moim wybawieniem. Wylądowałem w samym środku zaspy. Po szybkim ocknięciu się, zauważyłem, że było tutaj dużo cieplej niż na zewnątrz. Gruba warstwa śniegu zatrzymywała ciepło i chroniła przed wiatrem.
-Wygląda na to, że znalazłem schronienie na czas tej burzy.- Powiedziałem cicho sam do siebie. Kiedy postanowiłem się ułożyć do snu, co było jedyną rzeczą jaką mogłem w tej chwili zrobić, poczułem ból w łapie o którą się wcześniej potknąłem. Sprawdziłem jej stan i odetchnąłem z ulgą, że nie jest złamana. Zostawiając problem łapy na później, zasnąłem z nadzieją, że zbudzą mnie dopiero promyki wchodzącego słońca...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz